Partner artykułu czytaj ten artykuł
Czuj się pewnie i bądź wybredny. Nie zapominaj, że poswawolić możesz sobie ty, ale nie twoja przyszła żona – rady w tym tonie można znaleźć w „Przewodniku dla zakochanych” autorstwa M. A. Zawadzkiego.

Książka wydana w 1903 roku (w 2007 roku wyszło jej pierwsze powojenne wydanie) doskonale pokazuje, jak na przełomie XIX i XX wieku traktowano związki damsko-męskie. Właśnie na ten okres przypada apogeum kultury drobnomieszczańskiej, która w bardzo surowy sposób określała zasady nawiązywania bliższych relacji oraz budowania związków. To czasy, w których znacznie więcej było zakazów niż praw, nic więc dziwnego, że szerzyły się kłamstwa, zdrady i wszechobecna hipokryzja.

Podwójna moralność
Społeczeństwo przełomu wieków miało zupełnie inne oczekiwania wobec kobiet i wobec mężczyzn. Tym drugim wolno było bezkarnie prowadzić życie seksualne przed i poza małżeństwem. Panny i mężatki musiały być bezwzględnie cnotliwe i wierne.

Narzeczeństwa mogły trwać całymi latami. Dziewczyna czekała, rozmyślała i tęskniła, chłopak w tym czasie bezkarnie uganiał się za innymi, a przyjemności cielesnych szukał u pań lekkich obyczajów.

Gdy ślub dochodził wreszcie do skutku, był raczej transakcją. Najważniejsze stawały się kwestie majątkowe, towarzyskie, a nawet honorowe. W centrum uwagi był posag, dobra partia i szanse na pozyskanie zdrowej matki przyszłego potomstwa. Miłość, jeśli była w takim związku, stanowiła kwestię drugoplanową.

Mieszczańskie ideały
Romantyczna miłość przed ślubem, po nim trzeźwy związek, czyli małżeństwo z rozsądku. Taka była najwłaściwsza (czytaj: akceptowana) kolejność w relacjach damsko-męskich na przełomie XIX i XX wieku. W mieszczańskich związkach na porządku dziennym były więc przykłady podwójnej moralności. Za pruderyjną fasadą ukrywane były najróżniejsze kłamstewka i skoki w bok.

Mogli sobie na to pozwolić tylko mężczyźni, społeczeństwo przyzwalało im na takie podwójne życie. Utrzymywanie pozamałżeńskich stosunków nie było mile widziane, ale też nie groziło absolutnym wykluczeniem z towarzystwa, co najwyżej łatwym do wyciszenia skandalem.

Zupełnie inaczej było w przypadku kobiet – im nigdy nie wybaczano pozamałżeńskiego życia. Było to wręcz nie do pomyślenia, by stateczna żona i matka spotykała się z obcym mężczyzną na stopie towarzyskiej, bez wiedzy i obecności męża. Sama zaś, zgodnie z tradycją i wychowaniem, przymykała oko na to, co jej partner robił poza domem. Zresztą, nawet gdyby chciała porozmawiać z mężem o sprawach intymnych lub podzielić się wątpliwościami, nie było takiej możliwości. Ani w czasie narzeczeństwa, ani po ślubie, nie wypadało poruszyć w rozmowie z wybrankiem tematu seksu.

Z żoną tylko „grzecznie”

W ówczesnych małżeństwach niewiele było miejsca na zmysłowość czy fantazje erotyczne. Uważano je za element „brudnego” seksu, który można było uprawiać jedynie z paniami lekkich obyczajów.

Mężczyźni powszechnie odbywali stosunki z prostytutkami lub kobietami z niższych warstw. Pod koniec wieku XIX i na początku XX Europa miała rekordową liczbę domów publicznych! Klienci odwiedzali je po kilka razy w tygodniu, stali bywalcy przyprowadzali tam przyjaciół, współpracowników, a nawet synów, by ci mieli „swój pierwszy raz” z doświadczoną kurtyzaną.

Co ciekawe, purytańscy strażnicy moralności uznawali prostytucję za czynnik pozytywny, chroniący szczęście małżeńskie. Z żoną nie można było bowiem „spółkować” czy „osiągać rozkosz”, co najwyżej „starać się o potomstwo”.

Miłość na sprzedaż

W Paryżu w czasach belle epoque zarejestrowanych było dwieście domów publicznych, w których pracowało kilka tysięcy prostytutek. W wielu lokalach gastronomicznych (piwiarniach, kawiarniach, a nawet eleganckich restauracjach) można było za dodatkową opłatą skorzystać z towarzystwa miłych pań i doświadczyć cielesnych uciech.
Jednak najwięcej kobiet swoje usługi świadczyło nielegalnie, w domach schadzek czy po prostu w ciemnych zaułkach. Dla cudzoziemców przybywających nad Sekwanę wydawano specjalne przewodniki, w których ostrzegano przed korzystaniem z usług ulicznic, głównie z powodu braku higieny i ryzyka rozprzestrzeniania się chorób.

Prostytutki uważano powszechnie za osoby zdegenerowane, prymitywne, pochodzące z marginesu społecznego, tymczasem często były to osoby bardziej inteligentne i kulturalne niż pozostała część społeczeństwa. Jedno jest pewne: panie lekkich obyczajów nie miały w „pięknej epoce” lekkiego życia.

Krakowskie nierządnice
W Krakowie na przełomie stuleci wprowadzono obowiązkową rejestrację prostytutek. W roku 1888 tamtejsza cesarsko-królewska dyrekcja policji wydała specjalny dekret, zgodnie z którym każda kobieta trudniąca się nierządem musiała się raz w miesiącu stawić się w biurze sanitarnym celem sprawdzenia jej stanu zdrowia i warunków higienicznych. Po spełnieniu odpowiednich wymagań otrzymywała książeczkę zdrowia, by mogła nadal świadczyć swoje usługi.
Oto fragment krakowskiego regulaminu, który sankcjonował zasady uprawiania najstarszego zawodu świata:
„(…) wolno jest nierządnicom mieszkać we wszystkich częściach miasta, z wyjątkiem najbliższego sąsiedztwa publicznych i większych prywatnych zakładów naukowych, kościołów i klasztorów. Nie wolno prostytutkom przesiadywać w oknach, ani tez stać w bramach lub drzwiach wchodowych domów, celem przywabienia do siebie mężczyzn. Zabronione jest na ulicach lub innych miejscach publicznych wabić mężczyzn ruchem lub słowem, znajdować się w nieprzyzwoitym ubraniu lub zachowywać się ogóle w sposób zwracający na siebie uwagę. Nie wolno nierządnicom zdradzać tajemnicy nazwiska odwiedzających ją mężczyzn, z wyjątkiem przypadku, gdy wyjawienia nazwiska zażąda właściwa władza (…)”.

Okres prosperity krakowskich domów publicznych datowany jest na rok 1904. Zarejestrowano wtedy 14 takich przybytków, oczywiście legalnych.

Ostatecznie krakowskie domy publiczne zostały zlikwidowane dopiero w 1920 roku. Dla porównania – w Warszawie i dawnym Królestwie Polskim rząd rosyjski zamknął ‘lupanary’ już w 1910 roku. Mniej więcej w tym czasie oficjalnie zniknęły one także z ziem zaboru pruskiego.

Żona zawiedziona
Przełom XIX i XX wieku przyniósł wielkie zmiany, także w sferze seksualnej. Powstały nowoczesne środki antykoncepcyjne, do sprzedaży weszło skuteczne lekarstwo na syfilis, a rosnący w siłę ruch feministyczny domagał się równouprawnienia kobiet.

W 1908 roku lekarz i antropolog Walenty Miklaszewski przeprowadził wśród swoich pacjentek ankietę na temat seksu. Doktor relacjonował: „Żona doznaje rozkoszy przy stosunkach płciowych stale w 7,5% [przypadków], zmiennie w 11,56% przypadków, a wstrętu w 8,3% przypadków”. Łącznie dla zaledwie co piątej kobiety życie płciowe było choć trochę satysfakcjonujące.

Dla porównania: według badań przeprowadzonych w 2005 roku przez Zbigniewa Izdebskiego, 82 proc. Polek przynajmniej „czasami” zaznaje orgazmu. „Nigdy” – zaledwie jedna kobieta na sto badanych. Sto lat wcześniej wyniki podobnej ankiety wołały o pomstę do nieba.