Partner artykułu czytaj ten artykuł
Tajemnica, magia, szaleństwo. Paryż w czasach belle epoque przyciągał artystów, polityków i naukowców. Bawił, zachwycał, oszałamiał. Paryż przełomu XIX i XX wieku był jak magnes, marzyli o nim wszyscy. Wielu zrobiło tam kariery, ale byli też tacy, którzy nad Sekwaną stoczyli się i stracili wszystko. Jedno jest pewne: to miasto nikogo nie pozostawiało obojętnym.

O fenomenie francuskiej stolicy rozmawiamy z Małgorzatą Gutowską-Adamczyk i Martą Orzeszyną, autorkami książki „Paryż, miasto sztuki i miłości w czasach belle epoque”.

Dlaczego na bohatera swojej książki wybrały panie właśnie Paryż przełomu wieków? Czym urzeka, co ma w sobie tak niezwykłego?

MGA: Paryż belle epoque był niekwestionowaną stolicą świata. Teraz, kiedy królują Londyn i Nowy Jork, czasem o tym zapominamy. Chciałyśmy zarazić czytelników naszym zachwytem.

MO: Nie było drugiego takiego miasta na świecie. Wszyscy marzyli o podróży do stolicy Francji. Wtedy właśnie narodziła się legenda o Paryżu – mieście świateł, miłości i sztuki. To był kluczowy moment w jego historii. Wtedy powstał Paryż, jaki znamy. Warto poznać tamte czasy, by zrozumieć jego fenomen. Do dzisiaj turyści tłumnie odwiedzają Paryż w poszukiwaniu tamtej atmosfery.


Na czym polega urok tego miasta? Co takiego miał w sobie Paryż przełomu wieków, że przyciągał przybyszów z całego świata?

MO: Tam było więcej wolności, swobody obyczajów, tolerancji w porównaniu z innymi wielkimi miastami. Paryż był też świeżo po gruntownej przebudowie i zachwycał rozwiązaniami architektonicznymi. Wieża Eiffla wzbudzała emocje, Opera Garnier zapierała dech w piersiach, wznoszono bazylikę Sacré Cœur. Powstawały słynne kabarety, między innymi Moulin Rouge, tańczono kankana. Świetnie prosperowały też domy publiczne, także te ekskluzywne, w których spotykali się władcy z całej Europy. Czy było się turystą szukającym kontaktu z kulturą z najwyższej półki, czy przybyszem pragnącym mocnych doznań erotycznych, z Paryża nie wyjeżdżało się niezadowolonym.

MGA: Było to miejsce, w którym należało się pokazać. Podbicie Paryża dawało status gwiazdy, nobilitowało. Tam rodziły się nowe idee i prądy w sztuce, modzie, ale też tutaj dokonywano odkryć naukowych. Świat patrzył na Paryż z zachwytem.

MO: Ludzie zjeżdżali z całego świata również po to, by wykorzystać szansę na zrobienie kariery. Anglik Charles Worth w Paryżu stworzył podwaliny dla haute couture, a nasz rodak Antoine de Paris, bohater mojej książki „Antoine Cierplikowski. Król fryzjerów, fryzjer królów”, dla haute coiffure. W Paryżu powstały takie marki jak Chanel, Vuitton czy Guerlain, bo to było miejsce, w którym marzenia stawały się rzeczywistością.

Miasto Świateł słynęło z szampańskich zabaw. Jak bawiła się paryska bohema?

MGA: Bohema zawsze albo prawie zawsze bawiła się za przysłowiowe grosze. Malarze najczęściej po śmierci stawali się sławni, za życia nie opływali w dostatki. Miejscem ich zabaw był lokalny bar, w którym mogli zjeść, napić się i czasem potańczyć za grosze.

MO: Nie chodziło przecież o jakość trunków, ale o towarzystwo, które było z pewnością najlepsze.

Gdy myślimy o Paryżu w czasach belle epoque, widzimy obrazy Toulouse-Lautreca, na których uwiecznił panie lekkich obyczajów, tancerki, rozbawionych gości nad szklankami absyntu. Czy tak rzeczywiście wyglądały noce we francuskiej stolicy schyłku XIX wieku i początku XX?

MGA: Toulouse-Lautrec malował niższe warstwy, ale były też salony burżuazji i arystokracji, choćby takich Rothschildów, w których bawiono się w skromnym towarzystwie „tysiąca najbliższych osób”. Rozrywek było wiele i były one nie mniej wyrafinowane niż dziś: chodzono do opery, do wykwintnych restauracji, domów schadzek. Czasem się zastanawiam, skąd ludzie tamtych czasów brali tę niespożytą energię do zabawy.

MO: Obrazy z domów publicznych i kabaretów działają na wyobraźnię, ale to tylko część prawdy o Mieście Świateł. Bywano w teatrach, w operze, na wyścigach konnych, na literackich i arystokratycznych salonach, na balach, rautach, wystawach. Życie towarzyskie kwitło i każda warstwa społeczna miała swoje rozrywki. Paryskie bale ludowe słynęły z tak dobrej zabawy, że udawali się na nie incognito nawet arystokraci.


A jak wyglądał Paryż codzienny, widziany oczyma zwykłych ludzi, w dziennym świetle, a nie w blasku świec i żyrandoli?

MGA: Dzielnice bogatych sąsiadowały z dzielnicami nędzy. Zdjęcia z tamtych czasów pokazują szare życie biednych ludzi, marznących w nieogrzewanych domach, gdzieś na facjatkach czy w byle jak skleconych ruderach. Dziś elegancki Montmartre był wówczas taką ubogą dzielnicą.

MO: Istniały i nadal istnieją dwa zupełnie różne Paryże. Oddalone od siebie, a jednocześnie bardzo związane. Na ten cały blichtr pracowały tysiące zwykłych ludzi, nie zawsze docenianych i dobrze opłacanych. Tę ukrytą twarz stolicy pokazywał w swojej twórczości Emil Zola.

W stolicy Francji nie tylko się bawiono, toczyły się tam także polityczne dysputy, trwały badania naukowe, wydawano ważne dzieła literackie, komponowano muzykę. Czy to wpływ tamtych czasów czy może było coś wyjątkowego w samym Paryżu?

MO: Zapewne i jedno, i drugie. W odpowiednim czasie znaleźli się w odpowiednim miejscu odpowiedni ludzie. Paryż był mekką artystów, stolicą mody, przyciągał bogatych ludzi z całego świata. Wszyscy mogli znaleźć w nim swoje miejsce. Artyści szukali tam nie tylko weny, ale też mecenasów i marszandów. Pablo Picasso, który z czasem odniósł ogromny sukces i zaczął świetnie zarabiać, wspominał, że był najszczęśliwszy, gdy na początku pobytu w stolicy Francji razem z innymi artystami biedował na Montmartrze. Chociaż nie było mu łatwo, doceniał niezwykłą atmosferę wolności panującą wśród artystycznej bohemy. Oczywiście Paryż miał swoje ciemne strony i dla wielu okazał się zgubny, ale tamte czasy nie bez powodu nazwano później belle époque – piękną epoką. Potem wybuchła pierwsza wojna światowa i wszystko się zmieniło. Ci, którzy mieli szczęście poznać Paryż końca XIX i początku XX wieku, mieli wrażenie, że nastąpił koniec ich świata, takiego, jaki znali i rozumieli. Marcel Proust doskonale oddał atmosferę belle époque w swojej powieści „W poszukiwaniu straconego czasu” .

Proszę opowiedzieć o kobietach żyjących na przełomie wieków w Paryżu. Ile miały wolności, na jak wiele mogły sobie wówczas pozwolić? Czy dobre pochodzenie i majątek były warunkiem udanego życia nad Sekwaną?

MO: W XIX wieku – nie tylko zresztą w Paryżu – kobieta była finansowo i prawnie zależna od mężczyzny. Najpierw od ojca, potem od męża. Nie mogła dysponować nawet własnym posagiem. W publicznych miejscach mogła pokazywać się jedynie w towarzystwie kogoś z rodziny. Najwięcej swobody miały wdowy, ale i one musiały liczyć się ze zdaniem rodziny, która decydowała na przykład o tym, czy mogły ponownie wyjść za mąż. Rozwódki mogły stracić prawo do kontaktów z dziećmi i tylko od dobrej woli byłego męża zależało, jakie miały z nimi relacje. Pieniądze nie dawały wolności, im wyżej na drabinie społecznej znajdowała się kobieta, tym trudniej było jej przeciwstawić się konwenansom. Skandal obyczajowy skazywał ją na śmierć za życia. Traciła rodzinę, przyjaciół, dom i pieniądze. Były przypadki zamykania zbuntowanych kobiet w domach dla obłąkanych. Tak działo się nie tylko w Paryżu. Wszyscy znamy cenę, jaką przyszło zapłacić Annie Kareninie. Jednak było mnóstwo kobiet, które żyły tak, jak chciały, choć często wiązało się to z funkcjonowaniem na marginesie społeczeństwa. Tak było w przypadku artystek, zwłaszcza aktorek i tancerek czy kurtyzan.

Które kobiece postaci tamtego czasu można uznać za najciekawsze, najbardziej wyraziste?

MO: Nasza podwójna noblistka, Maria Skłodowska-Curie, genialna aktorka Sarah Bernhardt, pisarka Colette, malarka Susan Valadon – wszystkie odniosły sukces w swoich dziedzinach i wszystkie musiały zmierzyć się z bezlitosną krytyką za to tylko, że były kobietami. Przykład Skłodowskiej-Curie jest znamienny, gdyż mimo jej dorobku naukowego spadły na nią gromy oburzenia za romans z Paulem Langevinem. Jej kochankowi, zdradzającemu żonę, wybaczono dość szybko. Maria, która była wtedy wdową, musiała znosić obelgi, wybijano jej okna, próbowano zdyskredytować przed Komitetem Noblowskim.

Głośno było też o innej naszej rodaczce, Misi Sert, córce rzeźbiarza Cypriana Godebskiego (autora warszawskiego pomnika Adama Mickiewicza). Zasłużyła sobie nawet na miano „Królowej Paryża”.

MO: Misia Godebska pochodziła z rodziny artystycznej (wnuczka muzyka, córka rzeźbiarza) i zapewne dlatego stała się opiekunką, przyjaciółką i muzą paryskich artystów. Sama też była utalentowaną pianistką, uczennicą Gabriela Fauré. Dzęki małżeństwu z Tadeuszem Natansonem związała się ze środowiskiem skupionym wokół znanego czasopisma „La Revue blanche”. Jej dom był zawsze otwarty dla artystów, którzy bardzo ją lubili i szanowali. Misię można odnaleźć na obrazach Toulouse Lautreca, Renoira i Vuillarda. Pisał dla niej wiersze Mallarmé, a Ravel zadedykował jej dwa utwory. Słynęła z urody i elegancji, a mężczyźni tracili dla niej głowy. Niestety jej dwa kolejne małżeństwa – z milionerem Alfredem Edwardsem i malarzem José Marią Sertem – nie były udane. Obaj panowie zostawili ją dla młodszych wybranek. Dzięki niej ogromny sukces odniosły w Paryżu Balety Rosyjskie, bo od początku wspierała Sergiusza Diagilewa. Misia pomogła też w karierze samej Chanel, z którą do końca życia łączyła ją wielka przyjaźń – to właśnie Coco zrobiła przyjaciółce ostatni makijaż, pragnąc by nawet w ostatnią drogę wyruszyła ona piękna jak zawsze. Godebska stała się pierwowzorem księżnej Jurbieletiew w powieści Prosta „W poszukiwaniu straconego czasu”. Nie da się opowiedzieć o belle époque bez wspomnienia Misi.

Swoją książkę kończą panie słowami Ernesta Hemingwaya: "Paryż nigdy nie ma końca". Czy dzisiejszy Paryż ma w sobie ślady belle époque?

MO: Pozostało wiele śladów, ale niekoniecznie tam, gdzie się ich spodziewamy. Na przykład dzisiejszy Montmartre niewiele ma wspólnego z miejscem, do którego zjeżdżali się na przełomie XIX i XX wieku artyści z całego świata. Wtedy była to biedna wioska. W poszukiwaniu śladów tamtych czasów warto zejść z popularnych szlaków turystycznych, a na pewno uda się odnaleźć cienie pięknej epoki. W naszej książce wspominamy o wielu miejscach istniejących do dziś, których atmosfera nadal przenosi nas w czasie. Jednocześnie trzeba pamiętać, że Paryż to jednak nie skansen, choć zdarzają się jeszcze niespodzianki związane ściśle z jego przeszłością. Kilka lat temu odkryto istnienie apartamentu znanej w czasach belle époque aktorki i kurtyzany Marthe de Florian. Jej rodzina nie korzystała z niego przez 70 lat, a w środku zachowały się nie tylko meble czy stroje, ale też dzieła sztuki z pięknym portretem Boldiniego na czele. To dowód na to, że Paryż nie zdradził jeszcze wszystkich swoich tajemnic.