Partner artykułu czytaj ten artykuł
Jeśli ktoś ma wyobraźnię, potrafi z niczego zrobić coś pięknego. Z rękawa koszuli, z filcu, z plastiku, a nawet z akcesoriów dla wędkarzy... – Po co ci to, przecież ten zawód wymiera! – mówili bliscy, a one postawiły na swoim. Witajcie w świecie współczesnych modystek.

- Kobietom przez lata głowy urosły – opowiada Katarzyna Nowakowska, modystka, która miłość do kapeluszy wyssała z mlekiem matki. Modniarstwem zajmowała się jej babka, matka, dziadek pomagał tworzyć narzędzia. - Babci formy z 1944 roku to obwody głów 52-53 cm, mamy formy z 1984; 55-56 cm, moje dokupione w 2011 roku to 58-59 cm.

Wsiąkała w ten zawód już od pierwszych chwil życia. Wiecznie wśród pudeł i kapeluszy. – Ale chciałam być kwiaciarką, bo kocham kwiaty i pewnie dlatego tyle ich na moich kapeluszach i toczkach. W szkole chciałam zostać aktorką, lubiłam scenę, kamery, piękne stroje, lustra i garderoby. Życie zweryfikowało plany. Po liceum otworzyłam własną działalność handlową w Pracowni Modniarskiej mojej mamy.

Katarzyna na początku handlowała sukniami ślubnymi i komunijnymi. Przecież idealnie komponowały się z modniarstwem – te wszystkie stroiki, welony, wianki... Do rodzinnego biznesu dodała własne spojrzenie na modę, przywróciła do łask pióra i woalki, przystrajała kapelusze w broszki i korale. I tak dziś funkcjonuje Zuwika Design – jedno z niewielu miejsc, gdzie pracują profesjonalne modystki.

- Moja babcia Sabina Nowakowska otworzyła swoją pracownię kapeluszy w 1944 roku w Radomsku przy obecnej ulicy Warszyca. Wcześniej uczyła się modniarstwa u innej radomszczańskiej modystki. W 1970 roku jej synowa, a moja mama Halina Nowakowska, zaczęła naukę zawodu modystki. W 1984 roku po uzyskaniu dyplomu mistrzowskiego otworzyła własną pracownię i przyjmowała uczennice na nauki. Nauka zawodu trwała 3 lata, a ja się uczyłam całe życie – opowiada Katarzyna.


Zrobić kapelusz to prawdziwa sztuka

Dobrze wiedziały to nasze babki i prababki. Kilka pokoleń wstecz nikt nie wyobrażał sobie, by wyjść na ulicę bez nakrycia głowy. I dotyczyło to zarówno pań, jak i panów. Katarzyna wyjaśnia misterną sztukę modniarską tak:

- Te filcowe nakrycia naciąga się na gorąco na formę. Rozciągasz wełniany stożek, prasujesz, obwiązujesz na drewnianej formie, szlifujesz, jeśli trzeba. Takie obite gwoździami i obwiązane sznurkiem przyszłe kapelusze wkładasz do suszarni albo suszysz na wolnym powietrzu. W suszarni kapelusz spędza 8 godzin. Potem zdejmujesz z formy, obcinasz brzeg ronda, podszywasz ręcznie lub lamujesz, przeplatasz i dekorujesz, wstążką, kwiatem, piórem lub ćwiekami. Taki słomkowy szyje się z taśm, godzinami upinając kolejne paseczki na formie. Potem namaczasz w roztworze usztywniającym i pozwalasz wyschnąć – opowiada. - Kapelusze z materiałów to połączenie dwóch poprzednich metod. Główkę robię na formie, potem obszywam materiałem i dodaję rondo lub ronda, bo kapelusz może mieć ich bez liku.

Kapelusz można zrobić ze wszystkiego. W pracowni Katarzyny można znaleźć materiały odziedziczone sprzed lat, przedwojenne woalki, szpilki do kapeluszy. - Właściwie surowce znajduję wszędzie, w sklepie z tkaninami, pasmanterią, biżuterią, sklepie wędkarskim czy kwiaciarni – mówi.
Liczy się jednak nie tylko materiał. Kapelusz dobiera się odpowiednio do twarzy, sylwetki i całego stroju. Wszystko musi pasować.

- Moje klientki są różne, bo różne są moje nakrycia głowy, może to być pewna siebie kobieta, lubiąca zwracać uwagę, czarować, kokietować, może być romantyczna lub sentymentalna, może preferować kobiecość w stroju, jak i militarny styl chłopczycy. Dla każdej z nich znajdzie się ten jeden jedyny wymarzony egzemplarz, a ja po to jestem w pracowni, by doradzić, dobrać ten najwłaściwszy model. Jeszcze kilka lat temu, a może kilkanaście, wszystkie chciały porad starszej szefowej, dziś mają do mnie zaufanie, wiem czego potrzebują, nawet na odległość. Jeśli klient jest nowy, to trzeba delikatnie wybadać, czego potrzebuje, jaką ma naturę, styl, charakter – opowiada.

Dior, Belle Epoque i Abu Dhabi

Dla Katarzyny miarą sukcesu jest zadowolenie klientek. Jeśli one z uśmiechem patrzą w lustro, to wie, że robi dobrą robotę. Ale na koncie ma też kilka ciekawych projektów. - Robiłam kilka rekonstrukcji historycznych nakryć głowy, kilka do teatru, parę kokoszników i czapy z kwiatów inspirowane ogrodami Diora, a podejrzane na wystawie kapeluszy w sieradzkim muzeum.

- Inspiruję się historycznymi nakryciami głowy. Kilkanaście lat temu w Radomsku była wystawa kapeluszy z muzeum włókiennictwa z Łodzi. Dostałam tam swoją salkę, by pokazać współczesne modniarstwo, ale tak się zainspirowałam oglądanymi wcześniej eksponatami, że wiele z przygotowanych przeze mnie było jak z minionej epoki. Techniki cięcia i przeplatania filcu obejrzałam na muzealnych eksponatach i potem powstała kolekcja ażurowych kapeluszy. Podglądam dwór brytyjski, znanych twórców kapeluszy i kapelusze na ulicach. Biegnę do kina obejrzeć film, bo w zwiastunie mignął mi kapelusz. I już na pewno wszyscy się domyślili, że „Belle Epoque” też będę oglądać z powodu nakryć głowy – przyznaje Katarzyna.

Modystka to zawód rzadki, ale jego popularność rośnie. Coraz częściej organizowane są kursy modniarskie. Ale od kursu do własnej pracowni droga daleka. Barierą są braki w umiejętnościach i finanse. Ceny form i surowców kapeluszowych do niskich nie należą, a wybór fasonów i rozmiarów musi kosztować.

- Z modystkami nie jest jednak tak źle, jakby się mogło wydawać. Dzięki internetowi i imprezom targowym poznałam ich kilkanaście. Każda z nich robi coś innego, każda robiąc to samo miałaby inny efekt końcowy, bo ten kapelusz to dzieło sztuki, ten wypieszczony rodzynek, dostaje serce i wizje swojego twórcy. Kobiety wybierają dla siebie nie tylko fryzjera, ale też modystkę – opowiada i dodaje: - Na świecie modniarstwo rozwija się na Wyspach Brytyjskich (monarchia i etykieta oraz wyścigi konne), w Australii (wyścigi konne) i Stanach (Amerykanki do kościoła zakładają najpiękniejsze kapelusze). Nowym jest Dubaj i Abu Dhabi gdzie na wyścigach też są konkursy kapeluszy i to może dobra destynacja dla nas, modystek, bo tam tego zawodu jeszcze nie ma.


Puknij się w czoło

To usłyszała Beata Kołodziejska, kiedy powiedziała znajomym, że będzie modystką. A artystką chciała być, odkąd pamięta. - Z jednej strony byłam wrażliwa na muzykę. Niestety talentu w postaci śpiewu, czy gry na instrumentach nie miałam, rekompensowałam sobie to wybierając na pewnym etapie życia pracę event-managera czy asystentki w radiu. Z drugiej strony zamiłowanie do sztuk plastycznych – chętnie rysowałam, szkicowanie mi całkiem wychodziło. No i zawsze kochałam modę, jeszcze zanim ten temat u nas stał się tak modny. Mój styl ubierania się zwracał uwagę niektórych, potrafiłam też zrobić coś z niczego i - nieskromnie powiem – wyprzedzałam czasem trendy.

Kilka lat temu założyła firmę Misstery. Ale wszystko to dlatego że została zwolniona z pracy. Na nowy start dostała fundusze z Urzędu Pracy i można było ruszyć z nowym biznesem.

- Zazwyczaj pracuję na drewnianych formach, które nadają ostateczny kształt przez naciąganie poddanego obróbce cieplnej materiału – słomki lub wełny. Ale nie może to być zwykły kawałek wełnianego filcu – półprodukt to stożek lub kaplin (na kapelusze z większym rondem) specjalnie przygotowany do tworzenia nakryć głowy. Mocuje się go za pomocą szpilek wbijanych w drewno – dlatego musi być miękkie, najlepiej lipowe. Gdy materiał wyschnie, zazwyczaj następnego dnia ściągam go z formy, podszywam ręcznie lub ewentualnie na maszynie do szycia. Później najprzyjemniejsza faza – zdobienie! Tutaj nie ma ograniczeń. Choć najczęściej planując kapelusz lub toczek, wiem już, jak będzie wyglądał – opowiada.

Szlachetne filce w oryginalnych kolorach, czy wzorach sprowadza z południa Polski i z Czech, słomki z Hiszpanii, inne materiały z Wielkiej Brytanii. Inspiracje? Najlepiej sięga się wstecz. - Wyciągam to, co mi pasuje i mieszam z nowoczesnością. Choć naprawdę inspirujące jest dla mnie najbliższe otoczenie – kobiety, z którymi przebywam, otaczająca mnie przyroda – mam szczęście mieszkać w pięknie położonej Gdyni. Także fotografia i malarstwo.

Kto najczęściej zagląda do jej pracowni? - Moimi klientkami są w większości kobiety pewne siebie, świadome swoich atutów i niebojące się wyróżnić. I dlatego oczekują oryginalnego produktu dopasowanego do osobowości i stylu. Na naszych ulicach wciąż nie widać zbyt wiele koloru, a moje klientki często potrafią nim świetnie operować. Są otwarte i odważnie czerpią radość z życia – opowiada Beata.

Kiedyś modystki sprzedawały po kilkadziesiąt kapeluszy dziennie. Nosiło się toczki, turbany, fantazyjnie wiązane jedwabne chustki. Ale jak przyznaje Beata, zainteresowanie produktami spod ręki modystki rośnie. - Organizowane są warsztaty, podczas których można u boku mistrza wykonać własnoręcznie nakrycie głowy. Gdy sześć lat temu chodziłam od drzwi do drzwi, prosząc o prywatne lekcje, modystki mi odmawiały, komentując to właśnie „wymieraniem” zawodu. Na nic były moje tłumaczenia, że chcę pomóc mu przetrwać…
W Europie i na świecie jest wiele krajów, gdzie tradycja noszenia nakryć głowy – szczególnie eleganckich na ważne uroczystości – jest żywa. W Polsce zaczyna się odnawiać.